środa, 8 sierpnia 2012

Rozdział 1

Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj. Słońce było wysoko na niebie i mocno grzało. To było jedno z najgorętszych lat.
Siedziałem, podpierając się z tyłu rękoma, kierując twarz do słońca. Nogi miałem zanurzone w basenie, gdzie woda była tak czysta, że było widać kafelki na dnie.
Byłem w domu sam. Mama wyszła dosyć wcześnie i obiecała, że niedługo wróci. Ostatnio ciągle chodziła poddenerwowana, a oczy często miała podpuchnięte. Jako trzynastolatek byłem na tyle duży, że rozumiałem, że dzieje się coś niedobrego, ale nie poruszałem tematu. Nawet Arthur – chłopak mamy, jak żartobliwie mawiałem, a ona zarumieniona zawsze zaprzeczała – ostatnio rzadko przychodził. Nie pamiętam o czym wtedy myślałem. Siedziałem tak, dopóki nie usłyszałem na podjeździe samochodu mamy.
Powoli się podniosłem i ruszyłem do domu okrążając basen. Wszedłem właśnie do środka, kiedy po drugiej stronie korytarza mama uczyniła to samo. Jednak nie wróciła sama. Zwolniłem kroku lustrując wzrokiem jej towarzysza. Był to chłopiec, na oko jakieś 2-3 lata młodszy ode mnie. Blond włosy miał w nieładzie, a jego wzrok był skupiony na mnie. Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem jak chudy i drobny on jest, a z jego niebieskich, jak czyste niebo, oczu wygląda nieufność i strach.
- Chris, to jest Sebastian. – Przedstawiła nas sobie i dodała. – Sebastian jest twoim młodszym przyrodnim bratem. Zaopiekuj się nim. I tak też zrobiłem.


Rozdział 1


Czytałem właśnie książkę, kiedy do mojego pokoju wpadł Sebastian. Był wysoki, prawie wyższy ode mnie, włosy mocno z cieniowane opadały na ramiona i oczy. Były białe z czarno-czerwonymi końcówkami, jak gdyby sunącymi w górę językami ognia. W dolnej wardze miał kolczyka, a w brwi aż dwa. Oczywiście jak prawie zawsze ubrał się na czarno. Z westchnięciem zamknąłem tom i ściągnąłem okulary.
- O co chodzi? – zapytałam wdzięczny, że tym razem nie zasypał mnie mnóstwem informacji, zanim sam zdążyłem coś wykrztusić.
- Widziałeś Blackie? Nigdzie nie mogę jej znaleźć.
- Sprawdzałeś w ogrodzie? – Podniosłem się z łóżka i przeszedłem przez pokój w poszukiwaniu koszulki. Czułem na sobie wzrok Sebastiana. Spojrzałem w jego stronę. – Co? – Burknąłem.
- Kiedy ja nic nie mówiłem. – Uśmiechnął się i dalej nie odrywał ode mnie oczu.
- To co się gapisz? – Schyliłem się by podnieść walający się po ziemi podkoszulek. – Nie szukałeś czasem Blackie?
- Ale jeśli znowu jakimś cudem znalazła się u sąsiadów, to ty po nią idziesz. – Zastrzegł opierając się o futrynę i chowając ręce w czarnych, poszarpanych dżinsach. Blackie była psem rasy Husky, jej jedno niebieskie, a drugie brązowe oko zawsze błyskało inteligencją. Często sposobem znanym tylko jej, znajdowała się po drugiej stronie płotu odgradzającego nasze podwórko od sąsiadów. Nikt nie wie jak ona to robi. Na szczęście zawsze wraca i dodatkowo jakoś nie czuje się ani trochę winna, że nas zamartwiała.
- Niby z jakiej racji? – Zmarszczyłem brwi podszedłem do niego z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. Sebastian przesunął się przepuszczając mnie w drzwiach i ruszył za mną nic nie mówiąc. – No? Dlaczego? – Powtórzyłem schodząc po schodach.
- To ta Rachelle, czy jak jej tam. – Odpowiedział. – Ona mnie przeraża.
- Rachelle – Zaakcentowałem. – Po porostu cię lubi. – Stanąłem w korytarzu i odwróciłem się w jego stronę. Stuknąłem go palcem w klatkę i dodałem. – A tobie przydałaby się dziewczyna. – Z powrotem się odwróciłem i ruszyłem skręcając w lewo do kuchni.
- I mówi to dziewiętnastoletni singiel! – Zawołał za mną, a ja machnąłem na to ręką. – Mnie w to nie mieszaj! – Wyciągnąłem z lodówki sok pomarańczowy i nalałem do szklanki. – Chcesz też? – Spytałem mój cień.
Sebastian kiwnął głową. Podałem mu szklankę po czym opuściłem kuchnię i korytarzem skierowałem się do drzwi do ogrodu, które znajdowały się naprzeciw tych od frontu. Na zewnątrz spojrzałem w górę z przymkniętymi, lecz nie do końca oczyma. Mimo, że dopiero był marzec słońce mocno świeciło i grzało. Chłodny wietrzyk, sprawił, jednak że na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Od roślin, na których została rosa odbijało się światło i skrzyło niczym mały, szklany klejnot.
- Cześć Chris! – Wyrwał mnie z zamyślenia głos zza płotu.
- Hej. – Odpowiedziałem spoglądając w tamtą stronę. Rachelle stała oparta o ogrodzenie. Włosy o kolorze złota splecione miała w dwa warkocze, co nadawało jej wygląd słodkiej dwunastolatki. W rzeczywistości była w wieku mojego brata, o którym w życiu nie powiedziałabym, że jest słodki. Niebieskie oczy przypatrywały mi się, jeżdżąc i oglądając mnie od góry do dołu. Przechyliła głowę nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie jest ci zimno? – Zapytała i nie czekając na moją odpowiedź dodała. – Mama się pyta, czy nie pomógłbyś jej poprzestawia mebli i pomalować pokoju. – Widząc moje pytające spojrzenie, wyjaśniła. – Tata pojechał w delegację.
Pociągnąłem łyk soku i westchnąłem. Nie chciałem być nie miły, ale nie przepadałem pomagać jej matce, a tym bardziej zostawać z nią sam na sam. Czułem się wtedy, jakby ta kobieta co najmniej rozbierała mnie wzrokiem. Raz nawet złapała mnie za tyłek i udała, że to przypadkiem.
Rachelle widząc moje niezdecydowanie, złożyła ręce jak do modlitwy.
- No weź Chris. Chyba nie karzesz mojej mamie samej się tym zająć? Proszę. Przejechałem ręką po moich brązowych włosach, aż dotarłem do karku, gdzie przydługie zaczęły mi się podkręcać.
- No, ok. – Zgodziłem się posyłając jej wymuszony uśmiech. – Zaraz tam przyjdę.
- Świetnie! – Klasnęła w dłonie. – Wiedziałam, że się zgodzisz. – Zacząłem się wycofywać, kiedy rzuciła jeszcze: – Hej, a Sebastian jest?
Marszcząc brwi spojrzałem za siebie. Chłopak stał czujnie tuż przed wyjściem z korytarza, tak aby Rachelle go nie mogła zobaczyć. Patrzył na mnie swoimi wielkimi oczyma i gwałtownie kręcił głową. Odwróciłem się do niej.
- Nie ma. – Odpowiedziałem ratując chociaż brata. – Chyba wyszedł gdzieś z Nicole. – Dorzuciłem, na co jej spojrzenie spochmurniało, a cały entuzjazm jakby wyparował.
- Aha. Dzięki. – Odwróciła się i zaczęła odchodzić.
- Rei! – Zawołałem za nią, a ta obejrzała się spoglądając pytająco. – Widziałaś może Blackie?
- Widziałam rano jak Arthur ja brał. – Odpowiedziała i machnęła mi odchodząc.
Dopiłem resztkę soku i skierowałem się w kierunku wejścia. Ledwie przekroczyłem próg, a naskoczył na mnie Sebastian.
- Chyba nie mówiłeś poważnie?! – Zapytał zagradzając mi drogę. – Naprawdę zamierzasz tam pójść?! Przecież to jak wejście w paszcze lwa! – Zrobił rękoma gest rozwieranej paszczy.
- Słyszałeś. – Powiedziałem i spróbowałem go wyminąć, jednak ten znowu stanął mi na drodze. – Tylko dlatego, bo pojechała ci po sumieniu?! – Podniósł głos. – Myślałem, że mieliśmy iść na imprezę?! To twoi koledzy nie moi.
- Jeszcze nie raz będą organizować jakąś imprezę. – Rzuciłem chwytając go za ramiona i próbując usunąć z drogi. – A poza tym możesz iść sam. – Dodałem zanim ugryzłem się w język.
Przez chwilę w jego oczach ujrzałem zdumienie, które przykrył ból, a później gniew. Widziałem jak chce coś powiedzieć, jednak się hamował i milczał. Gwałtownie zrzucił moje dłonie ze swoich barków i cofnął się o krok. Poczułem się winny i to okropnie. Od dnia kiedy pojawił się w moim życiu, byłem przy nim i go chroniłem. Za każdym razem, gdy ktoś sprawiał mu ból czy też napływały do niego straszne wspomnienia. Kiedy pochłaniała go powoli ciemność. Zawsze wyciągałem do niego dłoń, pozwalałem wypłakać się i mi zaufać. Kiedy pierwszy raz go widziałem wydawał się taki kruchy, niczym najdelikatniejsza waza, której minimalne dotknięcie groziło roztrzaskaniem. Przypominał dzikie zwierzę, które trzeba oswoić, Przez wiele tygodni milczał i wobec nas był nieufny. Mnie również przytłoczyły wydarzenia, które naznaczyły Sebastiana koszmarami sennymi. Jednak chciałem być silny… Chciałem być silny by stać się dla niego oparciem. Teraz jeszcze nie raz widziałem, że po tych minionych latach dalej jego stan nie jest stabilny i łatwo go zranić.
- Spróbuję się wyrobić. – Obiecałem, próbując ratować sytuację. Potarmosiłem go po głowie i przeszedłem obok. Tym razem nie ruszył się z miejsca.


Sebastian

 
Stałem w kuchni, po tym jak Christian wyszedł i trzymałem się za miejsce, w które jeszcze chwilę temu mnie dotknął. Byłem zdziwiony i przerażony, kiedy powiedział, że mogę iść sam, choć widziałem, że już za nim skończył mówić, żałował swoich słów. To wszystko przez to co zdarzyło się za nim tu zamieszkałem, zanim jego mama wyciągnęła do mnie rękę i przygarnęła do siebie. Mimo uśmiechu na jej twarzy, w oczach widziałem, że ją to wszystko też mocno poruszyło, jednak była silną kobietą. Była pierwszą osobą, tuż zaraz po ojcu, która okazała mi ciepło i miłość, a później Christian, chłopiec niewiele starszy ode mnie, próbował do mnie dotrzeć. Do dnia dzisiejszego traktuje mnie jak domek z kart, który pod wpływem silnego wiatru może się zawalić. W głębi serca jestem mu wdzięczny za pomoc i za to, że się ode mnie nie odwrócił… za wszystko. I często czuję się winny, kiedy na niego tak naskakuję.
Boję się tłumów ludzi… Boje się sam przebywać między ludźmi. W szkole jest to dla mnie trudne, jednak powoli się przyzwyczaiłem. Próbuję stawić czoła moim lękom, nie chcę przez to stracić całego życia, dlatego też Chris mi w tym pomaga, a teraz… Teraz pewnie ma mnie już dość. Na pewno ma mnie już dość, dlatego to powiedział. Jest po prostu za miły by mi to prosto w twarz powiedzieć.
Osunąłem się przy ścianie na ziemię. Jestem żałosny…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz