Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj. Słońce było wysoko na niebie i mocno grzało. To było jedno z najgorętszych lat.
Siedziałem, podpierając się z tyłu rękoma,
kierując twarz do słońca. Nogi miałem zanurzone w basenie, gdzie woda
była tak czysta, że było widać kafelki na dnie.
Byłem w domu sam. Mama wyszła dosyć wcześnie
i obiecała, że niedługo wróci. Ostatnio ciągle chodziła poddenerwowana,
a oczy często miała podpuchnięte. Jako trzynastolatek byłem na tyle
duży, że rozumiałem, że dzieje się coś niedobrego, ale nie poruszałem
tematu. Nawet Arthur – chłopak mamy, jak żartobliwie mawiałem, a ona
zarumieniona zawsze zaprzeczała – ostatnio rzadko przychodził. Nie
pamiętam o czym wtedy myślałem. Siedziałem tak, dopóki nie usłyszałem na
podjeździe samochodu mamy.
Powoli się podniosłem i ruszyłem do domu
okrążając basen. Wszedłem właśnie do środka, kiedy po drugiej stronie
korytarza mama uczyniła to samo. Jednak nie wróciła sama. Zwolniłem
kroku lustrując wzrokiem jej towarzysza. Był to chłopiec, na oko jakieś
2-3 lata młodszy ode mnie. Blond włosy miał w nieładzie, a jego wzrok
był skupiony na mnie. Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem jak chudy i
drobny on jest, a z jego niebieskich, jak czyste niebo, oczu wygląda
nieufność i strach.
- Chris, to jest Sebastian. – Przedstawiła
nas sobie i dodała. – Sebastian jest twoim młodszym przyrodnim bratem.
Zaopiekuj się nim. I tak też zrobiłem.
Rozdział 1
Czytałem właśnie książkę, kiedy do mojego
pokoju wpadł Sebastian. Był wysoki, prawie wyższy ode mnie, włosy mocno z
cieniowane opadały na ramiona i oczy. Były białe z czarno-czerwonymi
końcówkami, jak gdyby sunącymi w górę językami ognia. W dolnej wardze
miał kolczyka, a w brwi aż dwa. Oczywiście jak prawie zawsze ubrał się
na czarno. Z westchnięciem zamknąłem tom i ściągnąłem okulary.
- O co chodzi? – zapytałam wdzięczny, że tym razem nie zasypał mnie mnóstwem informacji, zanim sam zdążyłem coś wykrztusić.
- Widziałeś Blackie? Nigdzie nie mogę jej znaleźć.
- Sprawdzałeś w ogrodzie? – Podniosłem się z
łóżka i przeszedłem przez pokój w poszukiwaniu koszulki. Czułem na
sobie wzrok Sebastiana. Spojrzałem w jego stronę. – Co? – Burknąłem.
- Kiedy ja nic nie mówiłem. – Uśmiechnął się i dalej nie odrywał ode mnie oczu.
- To co się gapisz? – Schyliłem się by podnieść walający się po ziemi podkoszulek. – Nie szukałeś czasem Blackie?
- Ale jeśli znowu jakimś cudem znalazła się u
sąsiadów, to ty po nią idziesz. – Zastrzegł opierając się o futrynę i
chowając ręce w czarnych, poszarpanych dżinsach. Blackie była psem rasy
Husky, jej jedno niebieskie, a drugie brązowe oko zawsze błyskało
inteligencją. Często sposobem znanym tylko jej, znajdowała się po
drugiej stronie płotu odgradzającego nasze podwórko od sąsiadów. Nikt
nie wie jak ona to robi. Na szczęście zawsze wraca i dodatkowo jakoś nie
czuje się ani trochę winna, że nas zamartwiała.
- Niby z jakiej racji? – Zmarszczyłem brwi
podszedłem do niego z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. Sebastian
przesunął się przepuszczając mnie w drzwiach i ruszył za mną nic nie
mówiąc. – No? Dlaczego? – Powtórzyłem schodząc po schodach.
- To ta Rachelle, czy jak jej tam. – Odpowiedział. – Ona mnie przeraża.
- Rachelle – Zaakcentowałem. – Po porostu
cię lubi. – Stanąłem w korytarzu i odwróciłem się w jego stronę.
Stuknąłem go palcem w klatkę i dodałem. – A tobie przydałaby się
dziewczyna. – Z powrotem się odwróciłem i ruszyłem skręcając w lewo do
kuchni.
- I mówi to dziewiętnastoletni singiel! –
Zawołał za mną, a ja machnąłem na to ręką. – Mnie w to nie mieszaj! –
Wyciągnąłem z lodówki sok pomarańczowy i nalałem do szklanki. – Chcesz
też? – Spytałem mój cień.
Sebastian kiwnął głową. Podałem mu szklankę
po czym opuściłem kuchnię i korytarzem skierowałem się do drzwi do
ogrodu, które znajdowały się naprzeciw tych od frontu. Na zewnątrz
spojrzałem w górę z przymkniętymi, lecz nie do końca oczyma. Mimo, że
dopiero był marzec słońce mocno świeciło i grzało. Chłodny wietrzyk,
sprawił, jednak że na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Od roślin,
na których została rosa odbijało się światło i skrzyło niczym mały,
szklany klejnot.
- Cześć Chris! – Wyrwał mnie z zamyślenia głos zza płotu.
- Hej. – Odpowiedziałem spoglądając w tamtą
stronę. Rachelle stała oparta o ogrodzenie. Włosy o kolorze złota
splecione miała w dwa warkocze, co nadawało jej wygląd słodkiej
dwunastolatki. W rzeczywistości była w wieku mojego brata, o którym w
życiu nie powiedziałabym, że jest słodki. Niebieskie oczy przypatrywały
mi się, jeżdżąc i oglądając mnie od góry do dołu. Przechyliła głowę nie
spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie jest ci zimno? – Zapytała i nie
czekając na moją odpowiedź dodała. – Mama się pyta, czy nie pomógłbyś
jej poprzestawia mebli i pomalować pokoju. – Widząc moje pytające
spojrzenie, wyjaśniła. – Tata pojechał w delegację.
Pociągnąłem łyk soku i westchnąłem. Nie
chciałem być nie miły, ale nie przepadałem pomagać jej matce, a tym
bardziej zostawać z nią sam na sam. Czułem się wtedy, jakby ta kobieta
co najmniej rozbierała mnie wzrokiem. Raz nawet złapała mnie za tyłek i
udała, że to przypadkiem.
Rachelle widząc moje niezdecydowanie, złożyła ręce jak do modlitwy.
- No weź Chris. Chyba nie karzesz mojej
mamie samej się tym zająć? Proszę. Przejechałem ręką po moich brązowych
włosach, aż dotarłem do karku, gdzie przydługie zaczęły mi się
podkręcać.
- No, ok. – Zgodziłem się posyłając jej wymuszony uśmiech. – Zaraz tam przyjdę.
- Świetnie! – Klasnęła w dłonie. –
Wiedziałam, że się zgodzisz. – Zacząłem się wycofywać, kiedy rzuciła
jeszcze: – Hej, a Sebastian jest?
Marszcząc brwi spojrzałem za siebie. Chłopak
stał czujnie tuż przed wyjściem z korytarza, tak aby Rachelle go nie
mogła zobaczyć. Patrzył na mnie swoimi wielkimi oczyma i gwałtownie
kręcił głową. Odwróciłem się do niej.
- Nie ma. – Odpowiedziałem ratując chociaż
brata. – Chyba wyszedł gdzieś z Nicole. – Dorzuciłem, na co jej
spojrzenie spochmurniało, a cały entuzjazm jakby wyparował.
- Aha. Dzięki. – Odwróciła się i zaczęła odchodzić.
- Rei! – Zawołałem za nią, a ta obejrzała się spoglądając pytająco. – Widziałaś może Blackie?
- Widziałam rano jak Arthur ja brał. – Odpowiedziała i machnęła mi odchodząc.
Dopiłem resztkę soku i skierowałem się w kierunku wejścia. Ledwie przekroczyłem próg, a naskoczył na mnie Sebastian.
- Chyba nie mówiłeś poważnie?! – Zapytał
zagradzając mi drogę. – Naprawdę zamierzasz tam pójść?! Przecież to jak
wejście w paszcze lwa! – Zrobił rękoma gest rozwieranej paszczy.
- Słyszałeś. – Powiedziałem i spróbowałem go
wyminąć, jednak ten znowu stanął mi na drodze. – Tylko dlatego, bo
pojechała ci po sumieniu?! – Podniósł głos. – Myślałem, że mieliśmy iść
na imprezę?! To twoi koledzy nie moi.
- Jeszcze nie raz będą organizować jakąś
imprezę. – Rzuciłem chwytając go za ramiona i próbując usunąć z drogi. –
A poza tym możesz iść sam. – Dodałem zanim ugryzłem się w język.
Przez chwilę w jego oczach ujrzałem
zdumienie, które przykrył ból, a później gniew. Widziałem jak chce coś
powiedzieć, jednak się hamował i milczał. Gwałtownie zrzucił moje dłonie
ze swoich barków i cofnął się o krok. Poczułem się winny i to okropnie.
Od dnia kiedy pojawił się w moim życiu, byłem przy nim i go chroniłem.
Za każdym razem, gdy ktoś sprawiał mu ból czy też napływały do niego
straszne wspomnienia. Kiedy pochłaniała go powoli ciemność. Zawsze
wyciągałem do niego dłoń, pozwalałem wypłakać się i mi zaufać. Kiedy
pierwszy raz go widziałem wydawał się taki kruchy, niczym
najdelikatniejsza waza, której minimalne dotknięcie groziło
roztrzaskaniem. Przypominał dzikie zwierzę, które trzeba oswoić, Przez
wiele tygodni milczał i wobec nas był nieufny. Mnie również przytłoczyły
wydarzenia, które naznaczyły Sebastiana koszmarami sennymi. Jednak
chciałem być silny… Chciałem być silny by stać się dla niego oparciem.
Teraz jeszcze nie raz widziałem, że po tych minionych latach dalej jego
stan nie jest stabilny i łatwo go zranić.
- Spróbuję się wyrobić. – Obiecałem,
próbując ratować sytuację. Potarmosiłem go po głowie i przeszedłem obok.
Tym razem nie ruszył się z miejsca.
Sebastian
Stałem w kuchni, po tym jak Christian
wyszedł i trzymałem się za miejsce, w które jeszcze chwilę temu mnie
dotknął. Byłem zdziwiony i przerażony, kiedy powiedział, że mogę iść
sam, choć widziałem, że już za nim skończył mówić, żałował swoich słów.
To wszystko przez to co zdarzyło się za nim tu zamieszkałem, zanim jego
mama wyciągnęła do mnie rękę i przygarnęła do siebie. Mimo uśmiechu na
jej twarzy, w oczach widziałem, że ją to wszystko też mocno poruszyło,
jednak była silną kobietą. Była pierwszą osobą, tuż zaraz po ojcu, która
okazała mi ciepło i miłość, a później Christian, chłopiec niewiele
starszy ode mnie, próbował do mnie dotrzeć. Do dnia dzisiejszego
traktuje mnie jak domek z kart, który pod wpływem silnego wiatru może
się zawalić. W głębi serca jestem mu wdzięczny za pomoc i za to, że się
ode mnie nie odwrócił… za wszystko. I często czuję się winny, kiedy na
niego tak naskakuję.
Boję się tłumów ludzi… Boje się sam
przebywać między ludźmi. W szkole jest to dla mnie trudne, jednak powoli
się przyzwyczaiłem. Próbuję stawić czoła moim lękom, nie chcę przez to
stracić całego życia, dlatego też Chris mi w tym pomaga, a teraz… Teraz
pewnie ma mnie już dość. Na pewno ma mnie już dość, dlatego to
powiedział. Jest po prostu za miły by mi to prosto w twarz powiedzieć.
Osunąłem się przy ścianie na ziemię. Jestem żałosny…